Pokazywanie postów oznaczonych etykietą świątynia buddyjska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą świątynia buddyjska. Pokaż wszystkie posty
Lotnisko Changi w Singapurze jest wyłożone dywanem. Cała hala przylotów. I ma chodniki Jetsonów - znowu nie zrobiłam zdjęcia telefonem, a te z aparatu będą dopiero jak wrócimy - każdy, kto nie jest obywatelem tego państwa-miasta musi wypełnić immigration card, przejść przez immigration i załatwione. Polacy nie potrzebują wiz.
Singapur jest wspaniały. Ale nie jest to ten przepych jak w Dubaju. Mieszkamy w Little India i jest tu dość brudno. Spodziewałam się po tym co czytałam o Singa, czystości, higieny i porządku. Tymczasem jest tu brudniej niż w Malezji. 
Jedzenie jest oczywiście tak genialne że ciągle coś jemy. 
I nie jest tak drogo jak wszyscy nas straszyli. Jest drożej, zgadza się, ale jedzenie i transport przy polskich chorych cenach to nie kosmos. Bałam się ze będzie gorzej.  Przykładowo za S$3-5 singapurskich (S$1 = 2.60zł) można najeść się u hindusa na cały dzień plus piwo za S$3-5.
Lofi Inn, nasz hostel przy Dickson Road. Nigdy nie sprzątana łazienka, pościel po kimś, dzisiaj Joanna znalazła gruby czarny włos pod swoim jajkiem sadzonym na śniadanie :D
Kiedy wychodzimy z hostelu na miasto musimy przemykać chyłkiem obok lobby żeby nie zaczepił nas nadgorliwy recepcjonista próbujący wcisnąć nam wycieczki ze zniżką opowiadając gupoty o mieście (wczoraj zamiat do China Town skierował nas na China Market i tym sposobem musimy do China jechać dopiero dzisiaj. 
Karaluchy są ;]

Pierwszego dnia pojechaliśmy pod Singapore Flayer - wielkie koło obserwacyjne, którego szklane wagoniki suną powoli pozwalając nacieszyć się panoramą miasta. Taka przejażdżka kosztuje S$25, a skoro nie można mieć wszystkiego, wybraliśmy wjazd na taras luksusowego hotelu Marina Bay Sands, składającego się z trzech wież połączonych u szczytu "łodzią". Widok wspaniały, ale to "tylko" 56 pięter, wiec w porównaniu z oszałamiającym Burj Khalifa i Petronas Towers nie zwaliło nas z nóg. Niemniej warto.
Wieczorem wybraliśmy się do pobliskiego Mall'a - mijając dziesiątki sklepów jubilerskich w Little India - żeby sprawdzić czy czasem nie będzie nam taniej jeść buły, zamiast stołować się u hindusów - nie było. Ale kupiliśmy kilka cudacznych słodkich bułek i jakieś napoje z lodówki, co okazało się błędem, bo jeśli mała Ice Tea Blueberry kosztuje S$1.20 to z lodówki jest o 15 centów droższa. Serio, serio.
Pojechaliśmy do China Town, zjedliśmy genialny lunch w chińskiej wegetariańskiej knajpce, za jakieś S$10 za 3 osoby i ruszyliśmy z buta spowrotem do Marina Bay i Gardens by the Bay żeby przespacerować się Sky Walk - kładką rozpiętą pomiędzy dwoma ze słynnych stalowych drzew "rosnących" w cudownym parku nad zatoką. Wstęp kosztuje S$5 od osoby a kładka jest straszna, bo pod stopami ma się siatkę i przestrzeń. Brrr... Ale i tak pięknie.
Przespacerowaliśmy się dzielnicą biznesową i z nogami krótszymi o 20cm ulokowaliśmy nasz piknik obok Merliona, symbolu Singapuru (Singa - lew). O 20:00 pod Marina Bay Sands - i nad - zaczął się pokaz laserów, ale nie było to powalające show. 
Wcześniej w China Town obeszliśmy znowu dwie wspaniałe świątynie. Buddyjską: Buddha Tooth Relic Temple - z reliktem Buddy pod postacią zęba powyższego. I hinduską Sri Mariamman Temple. 
China Town jest dużo czystsze niż Little India. Wracając do hostelu powłuczyliśmy kopytkami ze zmęczenia. Cały dzień był pochmurny i duszny, i nie do wytrzymania, możliwe że to przez nie tak odległy przecież straszny tajfun, który nawiedził Filipiny.
Liczliśmy, że potrzebujemy jeszcze pieniądze na metro, dzwonki - pamiątki z China Town i jedzenie, tak narodził się żarcik sytuacyjny "zjeść metro i dzwonki" :)


- Where are you from?
- Poland.
- Aaaa... Poland! Where were you before Singapore.
- Kuala Lumpur. And now we're flying Bangkok.
- Ooooh! You are rich there in Poland!


Poza tym podobno azjaci nie rozróżniają twarzy Europejczyków. Czy to możliwe?  Na pewno nie potrafią ocenić naszego wieku. Agnieszkę i mnie wzięto za siostry :D
Z lotniska Changi do centrum jedzie się około 40 minut metrem za S$2.20. Po centrum metro kosztuje S$1.00-1.50, warto doładowywać raz zakupione karty, komunikacja jest bezbłędna.


Danie dnia: Masala Dosai i Almond Snickers, Rosewater z niewiadomoczym drink, soya fish.
Wstążki z modlitwami do Buddy w świątynie Kek Lok Si.
Lot do Penang rezerwowaliśmy jako ostatni, bo dopiero w sierpniu. Nasz pierwszy lot z AirAsia i to z LCCT w Kuala Lumpur - terminalu AA, przed którym przestrzegali nas wszyscy znajomi, którzy wcześniej stamtąd latali. Lotnisko miało być chaotyczne i niezorganizowane a dodatkowo człowiek jak już przejdzie przez boarding to wypuszczany jest samopas na płytę lotniska i ma sobie szukać swojego samolotu, tak jak autobusu na dworcu PKP.
Zakładam, że co-nieco się zmieniło, bo nawet się tam odnaleźliśmy a na płytę lotniska owszem, wchodzi się ale wypuszczane są grupy tylko na jeden lot równocześnie, więc nie jest tak źle (co do opieszałości pracowników linii AirAsia, tu nic się nie zmieniło, ale mieliśmy się o tym przekonać dopiero za dwa tygodnie, lecąc czy raczej starając się lecieć na Borneo). Małe airbusy AirAsia są całkiem wygodne a lot na Penang trwa 45 minut. No, ciężko się wyspać. Wylądowaliśmy i nie zdążyliśmy złapać taksówki, bo taksówka złapała nas i standardowa gadka:
Georgetown
- Where are you from? Germany?
- Poland.
- Aaaa! Holand!

- No. P O L A N D.
Chwila konsternacji i zaskakująco najczęściej seria pytań czy mówimy po rosyjsku, czy Warszawa, wiec generalnie mają ogólne rozeznanie. Biorą nas za Niemców przez blondasa :P Jeden taksiarz powiedział nam że no właśnie nie wyglądaliśmy na Holendrów bo Holendrzy są wysocy, a my nie. No jak nie!? :D
Tune Hotel - sieciówka pod patronatem AirAsia - rewelacyjny, wygodne łóżka i czysto.
Mieliśmy to tylko nieco ponad 24h wiec od razu wyruszyliśmy na poszukiwanie knajpki u Kapitana w Georgetown, knajpki którą polecił nam wujek Mario - nasz mentor w sprawach Azji południowo-wschodniej (KLIK Gringopollo - wujka Mario podbój ameryki południowej - to z tych ostatnich fanaberii :P) 
Najlepsze jedzenie jest w ulicznych knajpkach, chociaż u Kapitana trafił nam się niekumaty kelner, pozapominał zamówienia, wylał sos na pożyczony przewodnik i Agi aparat, trzy razy nawracał bo go wołaliśmy "Jeść!!" I w końcu wystawił nam błędny rachunek. Zakładam, że jeśli kiedyś to była dobra knajpa to teraz lecą na starej renomie. Natomiast śniadanie jedliśmy niedaleko Time Square i tu poza tofu, kurczakiem, kiełkami, mięsnymi kulkami i mrożoną kawą, jedliśmy też takie maleńkie rybki prażone w jakimś sosie z orzechami ziemnymi. Dziwne, ale zjadliwe. Aaa! No i jajka. W curry, albo w ostrym sosie. Oni tu jedzą dużo jajek.
Po kolacji u kapitana kupiliśmy u hindusa indyjskie piwo King Fisher o mocy 7.2 za cenę RM7.5 i poszliśmy na nocne zwiedzanie Georgetown, w którym jestem bezwzględnie zakochana bo to stare urokliwe miasteczko pełne uliczek z wielce klimatycznymi kamieniczkami. Tak zwiedzając dotarliśmy w końcu na wybrzeże, gdzie nie ma zejścia na plażę niestety, ale jest skwerek i murek i połowa miasta urządza tu piknik. Zakładam, że Deepavali może mieć coś z tym wspólnego, ale całkiem możliwe ze oni tak co wieczór. Mało kto pije alkohol.
A tu już Kek Lok Si Temple













Następnego dnia musieliśmy się niestety spieszyć, bo samolot powrotny do Kuala Lumpur mieliśmy o 18:35, a chcieliśmy jeszcze zobaczyć buddyjską Kek Lok Si Temple na Penang Hill.
Pan taksówkarz obiecał świątynię z dwu-godzinnym czekaniem na nas, plus wytargowaliśmy jeszcze świątynię węży i dowóz na lotnisko z Komtar, czyli centrum za 100 ringgit. Nie mało, ale też woleliśmy nie ryzykować spóźnienia na samolot.
Kek Lok Si jest największą świątynią buddyjską w Malezji i jest bardzo malowniczo położona na stoku Penang Hill, który pokrywa dżungla. Wielki Budda siedzi majestatycznie w najwyższej części świątyni i łaskawie ogarnia wzrokiem i "natycha" do medytacji. Wejście do wyższych części świątyni kosztuje 2 Ringgit. W pierwszej przepysznej sali świątynnej - wszędzie tam wchodzi się boso co totalnie uwielbiam! - kupiliśmy wstążki z modlitwami i teraz gdzieś tam na najwyższej gałązce wisi nasza pomarańczowa wstążka która z jednej strony ma napisane "szczęśliwą podróż" a z drugiej "Polska - Azja, Azja - Polska 2013, Aga, Asia, Bartek, Marzanna" :)
Nasz pan taksówkarz czekał na nas grzecznie, sam będąc buddystą pochwalił się wiedzą o świecie, wiedział na przykład ze stolicą Polski jest Warszawa i poopowiadał nam trochę o Malezji i Penang i o tym ze on ma 71 lat a jego syn 44. Nie ma tu systemu emerytalnego i starsi ludzie albo pracują ile się da, albo są na utrzymaniu dzieci.
Zatrzymaliśmy się w Snake Temple, ale nie na długo bo tak serio to nie było tu wiele do oglądania. Raczej tak jak przeczytałam w przewodniku "kilka naćpanych węży na patykach". No szkoda. W samolocie znów nie udało nam się zdrzemnąć a na Lotnisku w KL zaczęły się schodki.
Martha poinstruowała nas wcześniej, że taksówki na LCCT nie da się złapać ot tak, trzeba ją zamówić u pani z firmy taksówkowej na lotnisku, zapłacić 75 Ringgit - bo tyle kosztuje do TTDI One Utama, czyli tam, gdzie u Marthy w Kuala Lumpur pomieszkujemy - z karteczką iść do pierwszej taksówki w rządku i już. Z tym że pani krzyknęła nam 105 Ringgit. Wiec poszliśmy do drugiej, w końcu zaczepiliśmy taksiarzy i jeden gości zaprowadził nas do innych pań, które nie wiedziały gdzie jest TTDI i pomimo tego wołały 100 Ringgit.  W końcu wynegocjowaliśmy small car, no luggage! I jakiś młodzik zgodził się nas zawieźć te 60km do KL chociaż i tak sam nie do końca wiedział gdzie to jest. Spoko. By było, gdybyśmy 5 km od lotniska nie złapali kapcia...
Bartek już zakasał rękawy, że pomoże młodzikowi zmienić oponę która... okazała się być zapasem. Ups. Dokulaliśmy się do najbliższej stacji benzynowej i zaradny taksiarz zaczął dopompowywać rozharatany zapas z nadzieją pewnie, że jednak zaliczy kurs. Jasssne. Szczęśliwie napatoczył się jego pusty kolega i po 10 minutach pomagania i tłumaczenia "kaj my som i kaj jadom" zabrał nas by poobwozić jakąś inną drogą a na fajrant zastrzelić zacierając dłonie tekstem: "You give 10 extra Ringgit?"
Mistrzu.
Tego wieczora czekała na nas urodzinowa pizza, ponieważ mąż Marty - Joerg obchodził urodziny. Wpadliśmy wiec do znajomego  "spożywczaka" i do lodówki z piwem gdy nagle oczom naszym ukazało się objawienie.  Objawienie, które miało 0,7l biało-czerwoną nalepkę z orłem i napisem POLSKA VODKA a małymi literkami: Made in Malaysia hahaha!
Tak więc wręczyliśmy zdobyty skarb z nadzieją że nie stanie się nowym Welcome Drink w ich domu.
Stał się.

Archiwum bloga