Pokazywanie postów oznaczonych etykietą china town. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą china town. Pokaż wszystkie posty
Przylecieliśmy do Bangkoku przed południem w piekący słońcem dzień.  Wylądowaliśmy na Don Mueang International Airport i nie mogliśmy uwierzyć własnym oczom! Arrival na tym międzynarodowym lotnisku to głęboko komunistyczna dziura wyłożona wyblakłym i rozklejającym się linoleum.
Bosko :D Welcome to Bangkok! 
Z ciekawości skierowaliśmy się do firm taksówkowych, w jednej w ogóle nie mieli taksówki dla nas a w drugiej mieli tylko busa za 400 Baht od osoby [czyli w sumie 1600BHT = 160zł]. Hej! Tu miało być tanio!
Poszliśmy więc "skywalkiem" - rozlatującą się kładką z sufitem ze zwisajacych niebezpiecznie nad naszymi głowami kawałkami płyt z niewiadomoczego - na dworzec kolejowy. Udało mi się wymienić $20, Agnieszka nie miała tyle szczęścia, bo miała lekko podniszczone czyli zwyczajnie użytkowane banknoty, które są tu całkiem bezużyteczne. Dzięki wujkowi Mario mieliśmy na szczęście "nówki".
Bilet na pociąg: 20 Batów od osoby, czyli mniej niż 2zł. Pociąg wspaniały! Głośny, trzeszczący, chyboczący się na torach, brudny i pełny, ale nikt nie wpadł. Oczywiście przegapiliśmy naszą stację. Mieliśmy wysiąść na Samsen, ale nazwa stacji znajduje się sporo od peronu i widoczna jest jak już pociąg odjeżdża... nie no, jasne, mogliśmy wyskoczyć. Następna stacja - nie stacja, bo pomiędzy stacjami taka stacja... też jest w dzielnicy Samsen i to w sumie nie jest stacja tylko tak ot pociąg się zatrzymuje koło skrzyżowania i ludzie wysiadają jeśli czują taką potrzebę. My czuliśmy. 
OK. Samsen i co dalej. Tajowie mówią bardzo źle po angielsku, mają silny akcent, ciężko ich zrozumieć ale są bardzo rozmowni. Poadto trzeba przez grube sito przesiać to, co mówią i zawsze ale to bezwzględnie zawsze targować się! Nieprawdą jest też ze nie ma angielskich nazw ulic i miejsc. W świątyniach i jakiś bocznych uliczkach człowiek się zgubi, to prawda, ale wszystkie główne ulice i atrakcje mają małymi literami angielskie nazwy. 
Z naszego skrzyżowania, na którym wyrzucił nas pociąg musieliśmy dostać się jeszcze do hotelu (Roof View Place Hotel, Soi Samsen 6 - rewelacyjny hotelik z czystymi pokojami, świeżą pościelą, klimatyzacją, śniadaniem i wszystkim co tylko trzeba, plus vis a vis salon masażu, nasz mały luksus). Zapytaliśmy wiec miejscowych - minęliśmy człowieka-muchę bo nie wiem jakie on ma moce a mógł być niebezpieczny i bardzo miła pani u której kupiliśmy lody zaangażowała kilku sąsiadów i znaleźli nam taksówkę. Różową
Do hotelu nie było daleko, pan taksiarz nawet nie zdarł z nas - opłaca nam się zazwyczaj jeździć taksówkami, bo jesteśmy w czwórkę, w Bankoku jednak często liczy się od osoby. 
Rozpakowaliśmy się w naszych miłych dwuosobowych pokoikach i poszliśmy z buta na Khao San Road - targ z wszystkim, od genialnego jedzenia zaczynając poprzez ubrania, drobiazgi, biżuterię na studiach tatuażu kończąc. Zjedliśmy bardzo pikantne COŚ popiliśmy prawdziwym smoothies np z Dragonfruit'a po 30 batów i zakończyliśmy wycieczkę wysypiając się jak przedszkolaki w naszym klimatyzowanym raju. Prawdopodobnie Singa - singapurskie piwo po około 60 batów mam pomogło :)

Następnego dnia dopadł nas tuk-tuk rush (tuk-tuk to jedyny w swoim rodzaju środek transportu występujący tylko w Bangkoku, na jego kształt składa się kawałek motorka z zadaszoną przyczepką mieszczącą od jednej do pięciu osób. Popyla się tym pomiędzy samochodami zdychając na zaczadzenie smogiem, lub na zawał serca. Im bardziej chromowany, różowy i kolorowy tuk tuk z wstążkami, tym wypaśniej.) Przy pomocy szemranej umowy z naganiaczem Bill'em, który miał szemraną umowę z tuktukarzami i razem mieli szemraną umowę z lokalnymi krawcami i sklepami, zdołaliśmy objechać pół miasta z postojami za 20 batów za całą naszą czwórkę, dwoma tuktukami. Umowa była taka, że pomiędzy atrakcjami musimy odwiedzić luksusowe sklepy i spędzić w każdym co najmniej 10 minut, nie musimy nic kupować, a wtedy kierowca dostaje kupon na darmowe paliwo...  
Tym cudacznym sposobem zaliczyliśmy godzinny "rejs" łodzią po rzece Menam, świątynię Lucky Buddha, oraz świątynię której nazwę muszę sprawdzić, na koniec zostaliśmy wyrzuceni pod wspaniałą GOLD MOUNTAIN.
Rejs rzeką kosztował nas 500BHT od osoby, zakładam za zdarli z nas ale była to w sumie najdroższa atrakcja w Bangkoku. Wstęp do świątyń kosztuje w granicach 50-100BHT, często jednak są zupełnie darmowe.
Na rzece kupiliśmy od pływającej swoją maleńką łudeczką sprzedawczyni Singa po stówie i rządziliśmy tym sposobem pośród turystów idiotów :D było cudownie! Piwo było warte swojej ceny! Dostałam od pani sprzedawczyni najbrzydszego "złotego" słonia pod postacią breloka. Od innej pani kupiliśmy chleb dla ryb i radochy było coniemiara! U nas karmi się gołębie, w tajlandii ryby...
Później panowie wysadzili nas pod Gold Mountain - inkasując umówione 20 batów (2zł i ani grosza więcej), olbrzymia świątynia buddyjska z której dachu  podziwialiśmy miasto tętniące manifestacjami, których odbywało się kilka równocześnie.
Pytałam kilka napotkanych osób o co chodzi, ale wszyscy nas zbywali. Nikt nie miał ochoty dzielić się swoimi sprawami z obcymi. Nasz recepcjonista powiedział nam później, że nie wie o którą demonstrację nam chodzi bo ciągle ktoś strajkuje i tak w ogóle to jego mama wie lepiej!
Zrezygnowaliśmy z moto-taksówek (pan motocyklista plus pasażer ew. dwoje dzieci, ew. pół tony dowolnego towaru) i innym tuktukiem wróciliśmy na Khao San w celu pożarcia najlepszej kurczakowo-czosnkowej zupy EVER!
Tego wieczoru mój staruszek Canon eos 40D zakupiony w marcu 2008 roku w USA, z uszkodzoną migawką i obtłuczony jak nieboskie stworzenie (między innymi przez Agnieszkę), odszedł w stan spoczynku. Po 5 i pół roku wiernej służby i bliskiej przyjaźni zachorował na error99 (migawka) i ma wakacje. Cierpię i robię zdjęcia pstryczkiem Joanny.

Rankiem dnia następnego zerwaliśmy się skoro świt w południe i po wynegocjowaniu ceny u taksiarza na zadowalającą (kolejna różowa taksówka) pojechaliśmy do wspaniałej świątyni Wat Arun (50BHT) na której szczyt prowadzą tak strome schody, że niektórzy odpuścili sobie (między innymi ja). Spędziliśmy tam dość dużo czasu ponieważ świątynia jest olbrzymia i piękna. 
Przeprawiliśmy się przez rzekę po około 3BHT (0.30zł) za osobę i poszliśmy do świątyni Wat Pho (100BHT) czyli leżącego buddy. Och! Widziałam zdjęcia tego buddy, niby wiedziałam jak wielki jest ale samo doświadczenie spotkania z tym gigantycznym posągiem przeszło moje najśmielsze oczekiwania! I ma linie papilarne na stopach z masy perłowej. 
Ponieważ zgłodnieliśmy, a w China Town mają podobno najlepsze owoce morza, pognaliśmy tam tuktukiem i w bocznej uliczce wszamaliśmy krewetki, by wcześniej z buta pozwiedzać dzielnicę.
Kolejny tuktuk zabrał nas w miejsce będące kwintesencją Bangkoku - dzielnicę Patpong. Przespacerowaliśmy się więc uliczką wzdłóż której swoje usługi różne świadczyli panowie tytuując się romantycznie jako: Thai Boys, Best Thai Boys, Strong Thai Boys itp.
Ulica burdelowa główna jest natomiast okolona z dwuch stron nocnymi klubami takimi jak Strong Pussy, Thai Pussy itp, środkiem natomiast wrze handel i wyzysk na turystach. Jeśli nie umiesz lub nie lubisz się targować, nic tu nie kupuj. Ceny wyjściowe są kilkakrotnie wyższe. Kupiłam tu okulary "oryginalne podróbki" Prady za 480 batów, a kosztowały wg sprzedawcy 800. I tak pewnie przepłaciłam. Nie umiem w tym słońcu funkcjonować bez okularów słonecznych, a moje ulubione Biju Bridget pochłonęła Golden Mountain.
Pozaglądaliśmy do pootwieranych na ościerz klubów, ale żadnych ewidentnych dowodów obecności w nich słynnych tajskich lady-boys nie zauważyłam. Niektóre z tancerek miały spódniczki i według mnie mogły mieć tam wszystko. If you know what I mean :D
Standardowo już zakończyliśmy dzień na Khao San, smażonym skorpionem i wydawaniem ostatnich pieniędzy oraz boskimi smoothies.
W dniu naszego powrotu do Kuala Lumpur mieliśmy jeszcze w planie muzeum figur woskowych Madame Tussauds jedno z kilku na świecie i równocześnie najtańsze, zwłaszcza jeśli kupuje się bilety online i na "early bird". Jeden bilet wtedy kosztuje niecałe 50zł. Early Bird oznacza, że zwiedzać można pomiędzy 10:00 a 12:00. 
Złapaliśmy taksówkę (różową) na lotnisko Don Mueang (Departures wygląda sto razy lepiej niż Arrivals) i tyle nas widzieli :)

Anegdota o New Jersey. 
Na dworcu kolejowym poznaliśmy samotnie podbijającego Azję podróżnika z New Jersey - Justin'a.
Roznawialiśmy o dupie marynie aż trafiło na temat ustroju plitycznego w Tajlandii. Wstyd się przyznać, ale nie wiedzieliśmy oboje co oni tu mają. Powiedziałam, że po lotnisku i dworcu sądząc (za naszymi plecami, pół metra od nas przechadzała się rodzina szczurów) wygląda to jak komunistyczna Polska.
Justin zaczął się śmiać i zapytał: Are you feeling insecure? :D
Lotnisko Changi w Singapurze jest wyłożone dywanem. Cała hala przylotów. I ma chodniki Jetsonów - znowu nie zrobiłam zdjęcia telefonem, a te z aparatu będą dopiero jak wrócimy - każdy, kto nie jest obywatelem tego państwa-miasta musi wypełnić immigration card, przejść przez immigration i załatwione. Polacy nie potrzebują wiz.
Singapur jest wspaniały. Ale nie jest to ten przepych jak w Dubaju. Mieszkamy w Little India i jest tu dość brudno. Spodziewałam się po tym co czytałam o Singa, czystości, higieny i porządku. Tymczasem jest tu brudniej niż w Malezji. 
Jedzenie jest oczywiście tak genialne że ciągle coś jemy. 
I nie jest tak drogo jak wszyscy nas straszyli. Jest drożej, zgadza się, ale jedzenie i transport przy polskich chorych cenach to nie kosmos. Bałam się ze będzie gorzej.  Przykładowo za S$3-5 singapurskich (S$1 = 2.60zł) można najeść się u hindusa na cały dzień plus piwo za S$3-5.
Lofi Inn, nasz hostel przy Dickson Road. Nigdy nie sprzątana łazienka, pościel po kimś, dzisiaj Joanna znalazła gruby czarny włos pod swoim jajkiem sadzonym na śniadanie :D
Kiedy wychodzimy z hostelu na miasto musimy przemykać chyłkiem obok lobby żeby nie zaczepił nas nadgorliwy recepcjonista próbujący wcisnąć nam wycieczki ze zniżką opowiadając gupoty o mieście (wczoraj zamiat do China Town skierował nas na China Market i tym sposobem musimy do China jechać dopiero dzisiaj. 
Karaluchy są ;]

Pierwszego dnia pojechaliśmy pod Singapore Flayer - wielkie koło obserwacyjne, którego szklane wagoniki suną powoli pozwalając nacieszyć się panoramą miasta. Taka przejażdżka kosztuje S$25, a skoro nie można mieć wszystkiego, wybraliśmy wjazd na taras luksusowego hotelu Marina Bay Sands, składającego się z trzech wież połączonych u szczytu "łodzią". Widok wspaniały, ale to "tylko" 56 pięter, wiec w porównaniu z oszałamiającym Burj Khalifa i Petronas Towers nie zwaliło nas z nóg. Niemniej warto.
Wieczorem wybraliśmy się do pobliskiego Mall'a - mijając dziesiątki sklepów jubilerskich w Little India - żeby sprawdzić czy czasem nie będzie nam taniej jeść buły, zamiast stołować się u hindusów - nie było. Ale kupiliśmy kilka cudacznych słodkich bułek i jakieś napoje z lodówki, co okazało się błędem, bo jeśli mała Ice Tea Blueberry kosztuje S$1.20 to z lodówki jest o 15 centów droższa. Serio, serio.
Pojechaliśmy do China Town, zjedliśmy genialny lunch w chińskiej wegetariańskiej knajpce, za jakieś S$10 za 3 osoby i ruszyliśmy z buta spowrotem do Marina Bay i Gardens by the Bay żeby przespacerować się Sky Walk - kładką rozpiętą pomiędzy dwoma ze słynnych stalowych drzew "rosnących" w cudownym parku nad zatoką. Wstęp kosztuje S$5 od osoby a kładka jest straszna, bo pod stopami ma się siatkę i przestrzeń. Brrr... Ale i tak pięknie.
Przespacerowaliśmy się dzielnicą biznesową i z nogami krótszymi o 20cm ulokowaliśmy nasz piknik obok Merliona, symbolu Singapuru (Singa - lew). O 20:00 pod Marina Bay Sands - i nad - zaczął się pokaz laserów, ale nie było to powalające show. 
Wcześniej w China Town obeszliśmy znowu dwie wspaniałe świątynie. Buddyjską: Buddha Tooth Relic Temple - z reliktem Buddy pod postacią zęba powyższego. I hinduską Sri Mariamman Temple
China Town jest dużo czystsze niż Little India. Wracając do hostelu powłuczyliśmy kopytkami ze zmęczenia. Cały dzień był pochmurny i duszny, i nie do wytrzymania, możliwe że to przez nie tak odległy przecież straszny tajfun, który nawiedził Filipiny.
Liczliśmy, że potrzebujemy jeszcze pieniądze na metro, dzwonki - pamiątki z China Town i jedzenie, tak narodził się żarcik sytuacyjny "zjeść metro i dzwonki" :)


- Where are you from?
- Poland.
- Aaaa... Poland! Where were you before Singapore.
- Kuala Lumpur. And now we're flying Bangkok.
- Ooooh! You are rich there in Poland!


Poza tym podobno azjaci nie rozróżniają twarzy Europejczyków. Czy to możliwe?  Na pewno nie potrafią ocenić naszego wieku. Agnieszkę i mnie wzięto za siostry :D
Z lotniska Changi do centrum jedzie się około 40 minut metrem za S$2.20. Po centrum metro kosztuje S$1.00-1.50, warto doładowywać raz zakupione karty, komunikacja jest bezbłędna.


Danie dnia: Masala Dosai i Almond Snickers, Rosewater z niewiadomoczym drink, soya fish.
W China Town wegetariańska restauracja, ryż z warzywami i "ryba" z soi.
I kolejne, tym razem z dynią
Dosai
U nas takich nie ma :)
Coś jakby naleśniko-drożdżówka z masłem orzechowym.
Bardzo podejrzane drinki, ten różowy to różany. 
Egg Sampal - czyli przepiórcze jajka w chilli. Niebo w gębie. 
Masala Dosai
Jeszcze jedno wegetariańskie danie, mogłabym zostać wegetarianką :)
Continental breakfast w naszym hostelu
5-8%
Chińskie bułeczki nadziewane czymś słodko-mięsnym. Trochę jak polskie kluski na parze i podobnie robione, rewelacyjne!
Ice Coffee w kuflu z Tigera


No może nie tak czyste w dosłownym znaczeniu, ale zatłoczone, intensywne i wszystko widać ponad tłumem bo Malajowie generalnie wysocy nie są :)
Ale od początku. 

Konkurs na najbardziej zmęczoną/znudzoną minę. And the winner is...
Bilety na Petronas Twin Towers mieliśmy wykupione online na godzinę 11:00 i ledwie zdążyliśmy.  Przy wejściu bramki jak na lotnisku, skanują, każą zostawić torby i w ogóle. Bilety kupiliśmy wcześniej w Polsce bo wtedy ma się pewność, że wpuszczą nas nawet jeśli będzie za dużo ludzi do zwiedzania - a zwiedzają tłumy. No i formalności załatwia się bez kolejki.
Widok z wież (86 piętro) wspaniały, chociaż my dwa dni wcześniej oglądaliśmy świat że szczytu Burj Khalifa wiec aż takiego wrażenia na nas Pertonas Towers nie zrobiło. Niemniej warto! Jest pięknie!


Oczywiście spotkaliśmy tam Polaków z... Rybnika :D Piękna Śląska gwara w środku tropików.
W parku koło centrum handlowego u podnóża Petronas powiem pan chciał mi cichaczem sprzedać Samsunga Galaxy S3. Zakładam że z całkowicie legalnie :P
A Joanna była gwiazdą i dwie małe Azjatki poprosiły ja, czy mogą sobie razem zrobić zdjęcie! No taka gwiozdeczka! Bartłomiej gwiazdorzy 24/7.

W ogóle to bilety na bezobsługową kolejkę, która jeździ po całym KL są plastikowymi żetonami, a kolejka odjeżdża co 5 minut.


Martha powiedziała nam, że po prostu MUSIMY iść na Fish Spa w Central Market i po poszukiwaniach - przeszliśmy całe China Town - znaleźliśmy Central Market ale spa już nie.  Nadrobimy to.

Wszystkie budynki tutaj wyglądają jakby były bardzo stare i zaniedbane a nie są. Elewacje się łuszczą i odpadają z powodu wilgoci.  O tej porze roku dzień w dzień po południu jeśli nie ma burzy, to przynajmniej pada. Ale nie tak sobie popada, tylko jak lunie to nie ma ucieczki! 
Kupiliśmy parę kanapek (chleb tostowy z szynką i serem, i to wszystko w panierce i usmażone) i wymyśliliśmy sobie piwo na wieczór, które tu kosztuje 7-12zł za puszkę 0.33... wybraliśmy więc "tanie" singapurskie Tiger. Malezja nie ma browarów z tego co wiem i tylko importuje piwo. W końcu przeważają tu muzułmanie, a oni z założenia nie piją alkoholu.

Jutro...

Archiwum bloga