Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tune hotel. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tune hotel. Pokaż wszystkie posty
Kota Kinabalu Marina
Na Borneo lecieliśmy z przygodami.
Ale po kolei.
Ponieważ po jednodniowym przystanku u Marthy, praniu i  przepakowywaniu musieliśmy zjeść śniadanie w naszej ulubionej knajpce u Mosina co też zrobiliśmy - nagle zaczęliśmy się spieszyć, a na lotnisko mieliśmy 60km. Zjawiliśmy się na Self Check In 55 minut przed odlotem, czyli 5 minut za późno. Ustawiliśmy się więc w kolejce do zwykłych Check In'ów i po 10 minutach idiota z budki powiedział nam, że nie zdążymy. Szczegół, że chcieliśmy odprawić się dokładnie "na styk", czyli 49 minut przed odlotem. Dureń się uparł i zostaliśmy w dupie. Terminal LCCT jest poza tym tak mały, że przejście z Check In i odprawę do bram trwa jakieś 7 minut, łącznie z kupieniem wody na bezcłówce.
No ale weź tu kłóć się człowieku z idiotą.
Musieliśmy przebukować lot. Kolejny był za dwie godziny z dopłatą 240 ringgitów za osobę!  A jeszcze kolejny o 17:15 za 160 ringgitów dopłaty. Wybraliśmy tańszy lot i zadekowaliśmy się na lotnisku na kolejne 5h... Przynajmniej lecieliśmy na hot seats, czyli tych wygodniejszych siedzeniach w Air Asia, gdzie ma się więcej miejsca na nogi. Szał. Niestety dotarliśmy na wyspę dopiero przed 20:00.
Bardzo miły pan taksówkarz zaprosił nas do swojego busa i za RM40 zawiózł do Tune Hotel znajdującego się na 1 Borneo, czyli na drugim końcu cudownego miasteczka Kota Kinabalu. Hotel był dużo gorszy niż ten na Penang, ale przynajmniej łóżka mają super-wygodne! Najtańsze piwo w sklepie RM12. Drogo.
Nasz miły kierowca busa pokazał nam gdzie w centrum są Night Markets, dwa wielkie targi z jedzeniem, otwarte od 18:00 do 00:00. Na jednym króluje grill, na drugim gotują. Wybraliśmy się na ten pierwszy następnego dnia, zaraz po tym jak na jednej z plaż wyspy Pulau Gaya spaliło nas słońce.
Palau Gaya i nasza Rajska Plaża
Twierdza "Rudy 102"

"Ze śmiercią jej do twarzy" czyli speedboat


Zerwaliśmy się jak co rano wcześnie przed południem i za RM1 (słownie: jeden ringgitt)  zajechaliśmy autobusem dla lokalnych do centrum. Taksówka na tej trasie kosztuje 20-30 ringgitt. Można też płacić w bananach (żarcik wyjaśni się później). Zjedliśmy genialne śniadanie, standardowo już u hindusa, bo tanio i pysznie, i poszliśmy na przystań jak z bajki, szukać łodzi, która przeprawiłaby nas na Gaya. Na przystani znajduje się coś na kształt dworca łódkowego i kiedy się wchodzi do poczekalni, naganiacze-zachwalacze wołają że swoich budek zapraszając do siebie. Dzieje się tak za każdym razem kiedy otwierają się drzwi. Wybraliśmy pierwszego z brzegu przewoźnika i za RM23 od osoby popłynęliśmy motorówką mieszczącą do kilkunastu osób na naszą wyspę, wcześniej wysadzając innych podróżnych na bardziej komercyjnych wysepkach.
Pulau Gaya jest wyspą, na którą płynie się żeby posurfować albo iść w dżunglę i dlatego rajską plażę - niezupełnie taką, jak z filmu z DiCaprio :D - mieliśmy na wyłączność.
Raj.
Wprawdzie plaże na Gaya są chyba tylko sporadycznie sprzątane i gdzieniegdzie walały się śmieci wyrzucone przez morze, to obserwujące nas na każdym kroku kraby i głośna dżungla wyciągająca ku nam liście wynagrodziła mam tę małą niedogodność. Przez następne 4 godziny naszym jedynym problemem było, czy fort z piasku ma być kwadratowy czy okrągły. Powstał Rudy 102 :P
Baliśmy się trochę, że przewoźnik może sobie o nas zapomnieć w drodze powrotnej, zwłaszcza że kiedy wypływaliśmy dwa razy ostrzegał nas przed wężami, a lokalnie zajmujący się hotelem  mieszczącym się w chatach na palach pan nie chciał nam sprzedać wody do picia bo mu rzekomo nie wolno i tylko rezydentom może.
O umówionej 16:00, spaleni na skwarki zadekowaliśmy się na pomoście w oczekiwaniu na łódkę. Tu okazało się że jeden z plażowych krabów zaprzyjaźnił się z moją torbą i nastąpiła akcja ratunkowa zakończona sukcesem i uwolnieniem pasażera na gapę. Łódka na szczęście przypłynęła i bezpiecznie - chociaż pan, który ją prowadził na pewno miał w rodzinie jakiegoś taja z tuktukiem - zabrała nas spowrotem na główną wyspę.
Kota Kinabalu jest tak uroczym miastem, że człowiek czuje się tu jak w domu.
Wieczorem, nasmarowani grubą warstwą żelu z aloesu, jako nowa rasa człowieka: "człowiek różowy niemyślący" stanowiliśmy nie lada atrakcję wśród lokalnych. Poza tym niewielu tu turystów. Pierwsze miejsce, w którym nie spotkaliśmy Polaków, a i białych twarzy niewiele.
Autobusy z naszego hotelu nie jeździły już tak często do centrum, więc taksówką pojechaliśmy na Night Market, bo okazji zjedzenia świeżej ryby z grilla nie można odpuścić. Taksiarz nie mówił po angielsku i wysadził nas pod jakimś sklepem wskazując bliżej nieokreślony kierunek. Łaski bez. Napotkani turyści z Hong Kongu wskazali nam inny aż w końcu miła pani przy pomocy swojego 10-letniego syna, mówiącego po angielsku wskazała nam kierunek a w międzyczasie pojawił się bus robotniczy i za RM1 od osoby przewiózł nas pół dzielnicy i wyrzucił pod samym Night Market.
Tam pośród gęstego dymu z wielu grillów, stąpając po spływającym krwią morskich żyjątek chodniku nabrzeża, wybrałyśmy z Agą dla siebie po różowej rybie, a Bartek - kraba. Pan sprzedawca polewając sowicie naszą kolację sweet chilli grillował ją specjalnie dla nas. Zamówiliśmy standardowo już fresh lemon ice tea i standardowo dostaliśmy ją w plastikowych kubkach.  Dostaliśmy plastikowe talerze (wszystko to wielokrotnego użytku, myte "na zapleczach" w dużych misach. Talerze tym razem były przywdziane w foliowe woreczki, ja dodatkowo dostałam rybę na szarym papierze. Zjedliśmy wszystko rękami - dostaliśmy też imbryczek z wodą do umycia rąk - jak większość. Była to najlepsza ryba jaką jadłam w Azji, kosztowała 10 ringgitt.
Wracając przez targ z owocami nakupiliśmy arbuzów, ananasów i takich małych słodkich bananów i w końcu skusiliśmy się na Duriana. Owoc, którego nie ma w Polsce, bo nie znosi podróży a dodatkowo nie wolno go przewozić w środkach komunikacji miejskiej z tej prostej przyczyny, że śmierdzi jak... no taka kolekcja starych skarpet z bździnami i kto wie czym jeszcze... Z durianem jest tak, jak ze słynnym dysonansem menela: kiedy durian jedzie taksówką, to i taksówka jedzie durianem.
Zapakowaliśmy się jednak z czarnym zawiniątkiem do taksówki, udając że nie wiemy o co chodzi, wcześniej chcieliśmy zapłacić panu taksówkarzowi bananami, ale na szczęście miał dobry humor i za RM20 i cztery banany zawiózł nas pod hotel. Joanna w tym czasie odsypiała plażowanie ze spalonymi na raczka plecami.
Nie chcieliśmy ryzykować wydalenia z hotelu, postanowiliśmy zjeść zakazany owoc na zewnątrz, ale uczta nie trwała długo, bo tego się jeść nie da :D

Następnego dnia unikając słońca niczym wampiry,  przemknęliśmy miejskim autobusem do centrum na śniadanie u hindusa - jestem dość pewna, że ten rósł nie był tylko z kury - i na lotnisko...
Kierunek: Hong Kong ;)

Wstążki z modlitwami do Buddy w świątynie Kek Lok Si.
Lot do Penang rezerwowaliśmy jako ostatni, bo dopiero w sierpniu. Nasz pierwszy lot z AirAsia i to z LCCT w Kuala Lumpur - terminalu AA, przed którym przestrzegali nas wszyscy znajomi, którzy wcześniej stamtąd latali. Lotnisko miało być chaotyczne i niezorganizowane a dodatkowo człowiek jak już przejdzie przez boarding to wypuszczany jest samopas na płytę lotniska i ma sobie szukać swojego samolotu, tak jak autobusu na dworcu PKP.
Zakładam, że co-nieco się zmieniło, bo nawet się tam odnaleźliśmy a na płytę lotniska owszem, wchodzi się ale wypuszczane są grupy tylko na jeden lot równocześnie, więc nie jest tak źle (co do opieszałości pracowników linii AirAsia, tu nic się nie zmieniło, ale mieliśmy się o tym przekonać dopiero za dwa tygodnie, lecąc czy raczej starając się lecieć na Borneo). Małe airbusy AirAsia są całkiem wygodne a lot na Penang trwa 45 minut. No, ciężko się wyspać. Wylądowaliśmy i nie zdążyliśmy złapać taksówki, bo taksówka złapała nas i standardowa gadka:
Georgetown
- Where are you from? Germany?
- Poland.
- Aaaa! Holand!

- No. P O L A N D.
Chwila konsternacji i zaskakująco najczęściej seria pytań czy mówimy po rosyjsku, czy Warszawa, wiec generalnie mają ogólne rozeznanie. Biorą nas za Niemców przez blondasa :P Jeden taksiarz powiedział nam że no właśnie nie wyglądaliśmy na Holendrów bo Holendrzy są wysocy, a my nie. No jak nie!? :D
Tune Hotel - sieciówka pod patronatem AirAsia - rewelacyjny, wygodne łóżka i czysto.
Mieliśmy to tylko nieco ponad 24h wiec od razu wyruszyliśmy na poszukiwanie knajpki u Kapitana w Georgetown, knajpki którą polecił nam wujek Mario - nasz mentor w sprawach Azji południowo-wschodniej (KLIK Gringopollo - wujka Mario podbój ameryki południowej - to z tych ostatnich fanaberii :P) 
Najlepsze jedzenie jest w ulicznych knajpkach, chociaż u Kapitana trafił nam się niekumaty kelner, pozapominał zamówienia, wylał sos na pożyczony przewodnik i Agi aparat, trzy razy nawracał bo go wołaliśmy "Jeść!!" I w końcu wystawił nam błędny rachunek. Zakładam, że jeśli kiedyś to była dobra knajpa to teraz lecą na starej renomie. Natomiast śniadanie jedliśmy niedaleko Time Square i tu poza tofu, kurczakiem, kiełkami, mięsnymi kulkami i mrożoną kawą, jedliśmy też takie maleńkie rybki prażone w jakimś sosie z orzechami ziemnymi. Dziwne, ale zjadliwe. Aaa! No i jajka. W curry, albo w ostrym sosie. Oni tu jedzą dużo jajek.
Po kolacji u kapitana kupiliśmy u hindusa indyjskie piwo King Fisher o mocy 7.2 za cenę RM7.5 i poszliśmy na nocne zwiedzanie Georgetown, w którym jestem bezwzględnie zakochana bo to stare urokliwe miasteczko pełne uliczek z wielce klimatycznymi kamieniczkami. Tak zwiedzając dotarliśmy w końcu na wybrzeże, gdzie nie ma zejścia na plażę niestety, ale jest skwerek i murek i połowa miasta urządza tu piknik. Zakładam, że Deepavali może mieć coś z tym wspólnego, ale całkiem możliwe ze oni tak co wieczór. Mało kto pije alkohol.
A tu już Kek Lok Si Temple













Następnego dnia musieliśmy się niestety spieszyć, bo samolot powrotny do Kuala Lumpur mieliśmy o 18:35, a chcieliśmy jeszcze zobaczyć buddyjską Kek Lok Si Temple na Penang Hill.
Pan taksówkarz obiecał świątynię z dwu-godzinnym czekaniem na nas, plus wytargowaliśmy jeszcze świątynię węży i dowóz na lotnisko z Komtar, czyli centrum za 100 ringgit. Nie mało, ale też woleliśmy nie ryzykować spóźnienia na samolot.
Kek Lok Si jest największą świątynią buddyjską w Malezji i jest bardzo malowniczo położona na stoku Penang Hill, który pokrywa dżungla. Wielki Budda siedzi majestatycznie w najwyższej części świątyni i łaskawie ogarnia wzrokiem i "natycha" do medytacji. Wejście do wyższych części świątyni kosztuje 2 Ringgit. W pierwszej przepysznej sali świątynnej - wszędzie tam wchodzi się boso co totalnie uwielbiam! - kupiliśmy wstążki z modlitwami i teraz gdzieś tam na najwyższej gałązce wisi nasza pomarańczowa wstążka która z jednej strony ma napisane "szczęśliwą podróż" a z drugiej "Polska - Azja, Azja - Polska 2013, Aga, Asia, Bartek, Marzanna" :)
Nasz pan taksówkarz czekał na nas grzecznie, sam będąc buddystą pochwalił się wiedzą o świecie, wiedział na przykład ze stolicą Polski jest Warszawa i poopowiadał nam trochę o Malezji i Penang i o tym ze on ma 71 lat a jego syn 44. Nie ma tu systemu emerytalnego i starsi ludzie albo pracują ile się da, albo są na utrzymaniu dzieci.
Zatrzymaliśmy się w Snake Temple, ale nie na długo bo tak serio to nie było tu wiele do oglądania. Raczej tak jak przeczytałam w przewodniku "kilka naćpanych węży na patykach". No szkoda. W samolocie znów nie udało nam się zdrzemnąć a na Lotnisku w KL zaczęły się schodki.
Martha poinstruowała nas wcześniej, że taksówki na LCCT nie da się złapać ot tak, trzeba ją zamówić u pani z firmy taksówkowej na lotnisku, zapłacić 75 Ringgit - bo tyle kosztuje do TTDI One Utama, czyli tam, gdzie u Marthy w Kuala Lumpur pomieszkujemy - z karteczką iść do pierwszej taksówki w rządku i już. Z tym że pani krzyknęła nam 105 Ringgit. Wiec poszliśmy do drugiej, w końcu zaczepiliśmy taksiarzy i jeden gości zaprowadził nas do innych pań, które nie wiedziały gdzie jest TTDI i pomimo tego wołały 100 Ringgit.  W końcu wynegocjowaliśmy small car, no luggage! I jakiś młodzik zgodził się nas zawieźć te 60km do KL chociaż i tak sam nie do końca wiedział gdzie to jest. Spoko. By było, gdybyśmy 5 km od lotniska nie złapali kapcia...
Bartek już zakasał rękawy, że pomoże młodzikowi zmienić oponę która... okazała się być zapasem. Ups. Dokulaliśmy się do najbliższej stacji benzynowej i zaradny taksiarz zaczął dopompowywać rozharatany zapas z nadzieją pewnie, że jednak zaliczy kurs. Jasssne. Szczęśliwie napatoczył się jego pusty kolega i po 10 minutach pomagania i tłumaczenia "kaj my som i kaj jadom" zabrał nas by poobwozić jakąś inną drogą a na fajrant zastrzelić zacierając dłonie tekstem: "You give 10 extra Ringgit?"
Mistrzu.
Tego wieczora czekała na nas urodzinowa pizza, ponieważ mąż Marty - Joerg obchodził urodziny. Wpadliśmy wiec do znajomego  "spożywczaka" i do lodówki z piwem gdy nagle oczom naszym ukazało się objawienie.  Objawienie, które miało 0,7l biało-czerwoną nalepkę z orłem i napisem POLSKA VODKA a małymi literkami: Made in Malaysia hahaha!
Tak więc wręczyliśmy zdobyty skarb z nadzieją że nie stanie się nowym Welcome Drink w ich domu.
Stał się.

Archiwum bloga