by
13:42:00
0
komentarze
azja 2013
azja południowo-wschodnia
chiny
hong kong
mirador mansion
nathan road
po lin monasery
temple street
the peak
victoria peak
Spodziewałam się że Hong Kong będzie bardziej jak Singapur, a w Singa było dość spokojnie, bez dzikich tłumów i gorączki na ulicach. Myliłam się bardzo.
Hong Kong jest miastem które pulsuje życiem. Światła, wieżowce, "garnitury", ulice, uliczki, pięknie! Jest takim dużo bardziej cywilizowanym Bangkokiem. I dużo czystszym.
Przylecieliśmy wieczorem i z lotniska wzięliśmy taksówkę, która ponieważ jesteśmy w czwórkę nam się opłacała, i przejechaliśmy całe miasto rozdziawiając gęby aż do Nathan Road i budynku Mirador Mansion, w którym mieścił się nasz - i wiele innych - hostel Lily Garden. Niewiele mający wspólnego z liliami i ogrodem. Budynek jest olbrzymim blokiem mieszkalnym z placem w środku, na który wychodzą balkony z suszarkami do prania. Windy podzielone są na te, które jeżdżą na piętra parzyste i te, które jeżdżą na piętra nieparzyste. Całkiem to logiczne. Niektóre z wind jeżdżą tylko na niektóre piętra poza tym, np na 5, 7, 11 i 23. Udało nam się nie zgubić. W przewodniku napisali że takie budynki pełne są zagubionych "backpackers" prawda to :)
Nasz pokój w Lily Garden miał dwa duże i dość wygodne, bo twarde łóżka dwuosobowe, maleńką pseudo łazienkę, w której kibelek znajdował się POD prysznicem, tak, serio. I brak było okien. Zarówno w pokoju, jak i w łazience. Klima darła się wniebogłosy, że nie dało się spać, przy wiatraku też się nie dało bo zgrzypiał. No cóż. Na nic lepszego nas nie było stać! Z powodu braku okien obudziliśmy się pierwszego poranka o 9:00 wielce tym faktem zaskoczeni.
Założyliśmy, że Hong Kong będzie bardzo drogi i takiż był. Ale znowu, podobnie jak w Singapurze - jak porównaliśmy ceny z naszymi absurdalnymi polskimi cenami, to okazało się że aż tak drogo nie jest. Przycisnęliśmy więc pasa trochę tylko i np zamiast codziennego obżarstwa u hindusa, jedliśmy chińskie makarony w 7eleven. Całkiem zjadliwe jak na chińskie zupki. Jednego dnia zaszaleliśmy bardziej i w drodze powrotnej z Temple Street i słynnego night market zasiedliśmy w lokalnej knajpce z kuchnią - jak to Agnieszka jubilatka (30 lat stuknęło jej tego dnia w Hong Kongu!) określiła; jakby ktoś zrzucał w niej węgiel przez dwa lata - i tam zjedliśmy w końcu jak ludzie, jakieś ostrygi, ryby i inne makarony z orzechami. Plusem było to, że byliśmy jednym z ostatnich gości i pan kucharz pozbierał z kuchni co mu zostało, dorobił co nieco i nakrył do stołu dla wszystkich pracowników. Skoro oni to jedli, to nam nie mogło zaszkodzić. No i Singa! Genialne piwo z Singapuru, które towarzyszyło nam wszędzie.
Pierwszego dnia nie posłuchaliśmy wujka Mario i nie kupiliśmy biletów on-line na kolejkę 360 jadącą do wielkiego buddy; no dobra, nie do końca tak było, po prostu o tym zapomniałam :) Była to jedyna rzecz, jaką zapomniałam załatwić z mojej strony, więc proszę się nie czepiać :) No i staliśmy w tej kolejce - a była niedziela - 2 bite godziny... Warto było, wycieczka kolejką jest mega! Jedzie się długo, widoki na prawdę niesamowite, zwłaszcza budda na pagórku. Miejsce świetne, budda olbrzymi. Cielaki przechadzające się pomiędzy pielgrzymami i turystami no i jedzenie. Tym razem kiełbasa z (nie, to nie był pies) i kulki rybne na patyku z głębokiego oleju.
Zjeżdżaliśmy "na dół" już po zmroku, podziwiając po raz kolejny z rozdziawionymi gębami panoramę miasta. Przespacerowaliśmy się na Aleję Gwiazd na pokaz świetlno-laserowy, dużo fajniejszy niż w Singapurze i tanecznym krokiem poszwendaliśmy się pośród tych kolorowych ulic i naganiaczy sprzedających "copy bags" i "copy watches".
Następny dzień mieliśmy na ciąg dalszy szwendania i Wiktoria Peak, bo na Macao już nam nie starczyło dularów niestety. Cóż. Trzeba tam po prostu wrócić.
Żeby zobaczyć jak najwięcej w tempie ekspresowym pozwoliliśmy się złowić naganiaczowi Big Bus i zostaliśmy na jeden dzień wzorowymi turystami, tylko opasek All Inclusive nam brakowało. Big Bus to turystyczne, piętrowe, czerwone autobusy okrążające miasto w kilku trasach, wykupując bilet na taki Bus, można wsiadać przez 24 lub 48h na dowolnym przystanku ile razy się chce, jeździć ile się chce, plus otrzymuje się bilet na prom z wyspy i na wyspę, wstęp na The Peak i 20 minutowy rejs kuterkiem rybackim po zatoce. Jak się ma mało czasu - całkiem wporzo oferta.
My mieliśmy tylko ten dzień, więc objechaliśmy wyspę dookoła i nie zdążyliśmy już na ostatni nocny kurs po mieście, więc tylko przepłynęliśmy promem zatokę i kiedy nogi wchodziły nam już w d... od przemierzania tych obłędnie kolorowych ulic z ciężkim sercem pozwoliliśmy sobie na odpoczynek.
Kiedy ostatniego dnia z plecakami szukaliśmy przystanku, z którego odjeżdżał nasz autobus na lotnisko, spotkaliśmy jeszcze naszego ulubionego naganiacza "Copy hand bags! Copy watches!" i zaczepił nas jak co dzień z szerokim rozbrajającym uśmiechem "Still no?" Odpowiedzieliśmy zgodnie "No!" na co jak dobry sprzedawca dopasowując się do sytuacji i oceniając nasz stan zewnętrzny jako zwyczajnych backbackers zakrzyknął za nami jeszcze "Bus ticket maby!?" :D
Hong Kong opuszczaliśmy w chmurach, mgła zasłaniała nam widok na pagórki i zatoki i tym ciężej było wyjeżdżać, że mieliśmy świadomość, że przed nami jeszcze tylko dwa dni w Kuala Lumpur, pakowanie, długie godziny w samolotach i...
WIĘCEJ ZDJĘĆ Z HONG KONGU: MIASTO oraz PO LIN MONASERY
0 komentarze:
Prześlij komentarz